Reklama

Owoc krzewienia nowej kultury

2018-08-08 10:23

Ks. Adrian Put
Edycja zielonogórsko-gorzowska 32/2018, str. IV

Archiwum Państwa Graczyków
Mariola i Mariusz Graczykowie

Z Mariolą i Mariuszem Graczykami z Diakonii Wyzwolenia Ruchu Światło-Życie naszej diecezji rozmawia ks. Adrian Put

Ks. Adrian Put: – Od wielu lat miesiąc sierpień w naszej Ojczyźnie to czas szczególnej zachęty do abstynencji od alkoholu. Jakie cele przyświecają tej ogólnopolskiej akcji?

Mariola I Mariusz Graczykowie: – Abstynencja od alkoholu nie jest czymś dziwnym i wyjątkowym, jest niezbędna w wielu sytuacjach naszego życia. Zachowanie całkowitej abstynencji jest konieczne w pracy, podczas kierowania pojazdami, w oczekiwaniu na narodziny, w czasie opieki nad dziećmi. Kościół co roku zachęca nas do rezygnacji w miesiącu sierpniu z alkoholu. Ma to być dar naszej miłości do Boga i do bliźnich. Ten post, a także świadectwo szczęśliwego życia bez alkoholu wielokrotnie dają wsparcie tym, którzy walczą o swoją trzeźwość.

– Każdego roku jednak Polacy spożywają coraz więcej alkoholu. Czy zatem idea sierpniowej trzeźwości nie sprawdza się?

– Żyjemy w czasach wszechobecnego konsumpcjonizmu. Szybki rozwój mediów powoduje też, że człowiek ze wszystkich stron jest atakowany przez reklamy. Pozwalamy, aby to one wytyczały kierunki naszego życia. Z tego powodu trudno przebić się idei sierpniowej trzeźwości. Pamiętajmy jednak, że pojedyncze krople wody mogą rozkruszyć skałę. Potrzeba tylko czasu. Dlatego jeśli nawet nie widzimy efektów działań, nie wolno nam ich zaniechać.

– W liście pasterskim bp. Tadeusza Bronakowskiego na tegoroczny miesiąc sierpień mogliśmy usłyszeć o nowej inicjatywie związanej z trzeźwością – 100 dni trzeźwości na 100-lecie niepodległości. Czy takie akcje odnoszą skutek?

– Jest to piękna propozycja daru serca na czas dłuższy niż miesiąc sierpień, a krótszy niż całe życie. Wierzymy, że znajdzie się wielu ludzi, którzy podejmą to wyzwanie, a może będą i tacy, którzy przedłużą ten czas trzeźwości w swoim życiu. W końcu żeby w czymś zasmakować, najpierw trzeba tego spróbować.

– Posługujecie w Diakonii Wyzwolenia Ruchu Światło-Życie. Czym zajmuje się wasza wspólnota?

– Zasadniczym celem Diakonii Wyzwolenia jest zapoznanie z ideą Krucjaty Wyzwolenia Człowieka. Zadanie to jest realizowane dzięki wyjazdom na oazy wakacyjne, Dni Wspólnoty, a także przez organizację nabożeństw i Msze św. w intencjach wyzwolenia, odprawiane w parafiach. Diakonia Wyzwolenia zajmuje się propagowaniem zdrowego stylu życia, opartego na dobrowolnej abstynencji od alkoholu, pokazując, że można bez niego normalnie żyć. Obok podejmowania służby na rzecz ewangelizacji, Diakonia Wyzwolenia uwrażliwia członków na wszelkie inicjatywy i dzieła związane z wyzwoleniem człowieka mocą Ewangelii Chrystusa od grzechu, zwłaszcza przybierającego rozmiary nałogów społecznych (alkoholizm, narkomania), oraz od wszelkiego rodzaju uzależnień i niewoli poniżających godność człowieka, dziecka Bożego. Do programu wyzwolenia należy także wyzwolenie od kłamstwa i lęku. W tym roku udało się nam nawiązać kontakt z diecezjalnym duszpasterstwem trzeźwości. Mamy nadzieję na owocną współpracę. Oczywiście nie możemy dawać tego, czego sami nie mamy. Dlatego w ciągu roku pracy bierzemy udział w spotkaniach modlitewno-formacyjnych. Ale najwięcej dają rekolekcje diakonijne.

– Jak wyglądała Wasza droga do tej diakonii?

– Od 25 lat jesteśmy we wspólnocie Domowego Kościoła – gałęzi rodzinnej Ruchu Światło-Życie. W trakcie formacji jest moment podjęcia posługi na rzecz Ruchu i Kościoła powszechnego. I my stanęliśmy przed tym wyborem. Nie było łatwo rozeznać, gdzie jest nasze miejsce, bo pragnęliśmy służyć w jednej diakonii jako małżeństwo. Zawierzenie tej intencji Panu Bogu i modlitwa wstawiennicza kapłana nad nami sprawiła, że wybraliśmy Diakonię Wyzwolenia. Początki naszej posługi były bardzo trudne, bowiem żeby wyzwalać innych, najpierw trzeba było samemu stać się wolnym.

– Czym konkretnie jest Krucjata Wyzwolenia Człowieka? Jaka jest jej historia i założenia?


– Krucjata Wyzwolenia Człowieka jest ruchem maryjnym, który zrzesza w swoich szeregach tylko całkowitych abstynentów i zmierza do tego, aby jak najwięcej ludzi w imię miłości do Niepokalanej Matki Kościoła nakłonić do decyzji całkowitej abstynencji od alkoholu. Przez abstynencję Krucjata Wyzwolenia Człowieka rozumie całkowite i dobrowolne wyrzeczenie się alkoholu jako napoju – pod wszelką postacią i we wszelkiej ilości. Nie chodzi tu o zwalczanie alkoholu jako takiego, ale o zwalczanie zwyczaju picia alkoholu.
Bezpośrednim bodźcem do powołania Krucjaty było wezwanie Jana Pawła II, aby przeciwstawiać się „wszystkiemu, co uwłacza ludzkiej godności i poniża obyczaje zdrowego społeczeństwa”. Krucjata została ogłoszona 8 czerwca 1979 r. w Nowym Targu, podczas I pielgrzymki Ojca Świętego do ojczyzny.

– Ks. Franciszek Blachnicki bardziej jest znany jako założyciel Oazy. Był jednak także znanym działaczem trzeźwościowym. Swoje metody pracy zaszczepił także w ruchu oazowym. Co obok KWC proponuje Ruch Światło-Życie?

– Ruch Światło-Życie kształtuje swoich uczestników do „posiadania siebie w dawaniu siebie”, na wzór Niepokalanej Matki Kościoła. Po osobistym spotkaniu z Chrystusem i uczynieniu Go jedynym Panem swojego życia, stajemy się Nowym Człowiekiem. Nowi Ludzie tworzą Nowe Wspólnoty, które szerzą Nową Kulturę. Nowa Kultura to nowy styl życia, to pełnia wolności (oczywiście dobrze rozumianej). To sposób życia, w którego centrum jest Chrystus, a wszystkie moje działania, moje „ja” są poddane Jemu. Owocem krzewienia Nowej Kultury jest coraz większa liczba organizowanych wesel bezalkoholowych, to upominanie się o prawa tych najsłabszych przez liczne akcje „dla życia”, bezinteresowna pomoc bliźniemu. Ale także coraz więcej wartościowych produkcji filmowych, teatralnych, coraz większa liczba koncertów z dobrą muzyką religijną.

– 2 września w Rokitnie podczas Diecezjalnej Pielgrzymki Ruchu Światło-Życie odbędzie się I Spotkanie KWC naszej diecezji. Skąd pomysł na nie?

– Co roku do Krucjaty Wyzwolenia w naszej diecezji przystępują nowi członkowie. Ponadto każdego roku bardzo wiele osób zostaje kandydatami KWC, podpisując zobowiązania abstynenckie na jeden rok. Przez blisko 40 lat trochę nas się uzbierało. Myślimy, że warto spotkać się choć raz w roku, razem się pomodlić, poznać, wymienić doświadczeniami. Zastanowić się także, co jeszcze możemy zrobić z miłości dla tych, którzy się mocno pogubili w nałogach.

– Co będzie na takim spotkaniu KWC? Czego możemy się spodziewać?

– Spotkanie odbędzie się w ramach corocznej Diecezjalnej Pielgrzymki Ruchu Światło-Życie do sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej w Rokitnie. Centralnym punktem będzie oczywiście Eucharystia, podczas której w procesji z darami poniesiemy do Ołtarza Diecezjalną Księgę Czynów Wyzwolenia, w której widnieją nazwiska tych, którzy podjęli się tego czynu miłości. Przed Eucharystią planujemy spotkanie, w czasie którego będzie zawiązanie wspólnoty, modlitwa, konferencja przybliżająca dzieło Narodowego Programu Trzeźwości, ogłoszonego w lutym tego roku. Myślimy, że nie zabraknie również wspomnień. Czynimy starania, aby dotrzeć ze specjalnym zaproszeniem do pierwszych członków KWC z naszej diecezji, którzy przystąpili do niej na przełomie lat 70. i 80. ub. wieku.

– Do kogo kierowane jest zaproszenie na to spotkanie? Czy każdy może na nie przyjść?

– Spotkanie jest oczywiście otwarte dla wszystkich. W pierwszej kolejności zaproszenie kierujemy do członków i kandydatów KWC, ale bardzo serdecznie zapraszamy również wszystkich tych, którzy chcieliby czegoś więcej dowiedzieć się o dziele Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, i tych, którzy pragną służyć na rzecz trzeźwości, a za bardzo nie wiedzą, od czego zacząć.

Tagi:
wywiad

Lubię oddawać siebie

2019-01-16 11:02

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 3/2019, str. 54-57

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i... o babci

Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

KAMIL BEDNAREK: – To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019

Długa historia nienawiści

Z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim o mechanizmach, twórcach, bohaterach i ofiarach przemysłu nienawiści rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2010, str. 8-10

Dominik Różański
Poseł Jarosław Kaczyński - prezes Prawa i Sprawiedliwości

Wiesława Lewandowska: - Po morderstwie w łódzkim biurze PiS politycy i dziennikarze zaczęli mówić o potrzebie wykluczenia języka nienawiści z debaty publicznej. Niedwuznacznie wskazuje się na Pana, jako na głównego siewcę języka nienawiści. Co Pan na to?

Jarosław Kaczyński: - No tak, z woli mediów i polityków rządzących jestem niemalże sprawcą tego mordu! To dla mnie nic nowego. Przywykłem, że za wszelkie zło w Polsce odpowiadają bracia Kaczyńscy, a teraz ja sam…

- … Kiedy Pan po raz pierwszy usłyszał o sobie, że jest „oszołomem”?

- Od dawna ironizowano, że tworzymy z Leszkiem dwuosobową partię. Poważniejsze uszczypliwości, jeszcze w ramach wspólnego środowiska, zaczęły się, gdy obaj z bratem - który wtedy był pierwszym zastępcą Lecha Wałęsy - dostaliśmy zlecenie, by zorganizować powołanie pierwszego rządu w wolnej Polsce. Wtedy właśnie często słyszałem różne niemiłe rzeczy, środowisko dawało do zrozumienia, że powinniśmy być wreszcie po właściwej stronie…

- Środowisko, czyli kto?

- To było szeroko rozumiane środowisko „Gazety Wyborczej”. Doskonale pamiętam tamtą wściekłość i zaciętość… Muszę uczciwie powiedzieć, że jedynym człowiekiem wolnym od tego rodzaju politycznej i osobistej zawiści był Jacek Kuroń, który mówił mi półżartem: Ja już przeszedłem do historii, to nie przeżywam tak boleśnie tego twojego „wywyższenia”, ale pamiętaj, że dla innych to może być nie do zniesienia.

- I było?

- I było coraz ostrzej. Naprawdę ostro zaczęło się, kiedy zostałem redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”. Właśnie wtedy nazywano mnie oszołomem i karierowiczem, a „Tygodnik” był odsądzany od czci i wiary. Przekonywano, że jest okropny, kompromitujący, że nie należy go brać do ręki. A chodziło po prostu o to, że panowie z lewicy laickiej chcieli mieć wszystko na wyłączność, nawet „Solidarność”. To wtedy padł z ich strony pomysł przeniesienia biura „Solidarności” do Warszawy, zablokowany przez mojego brata, co rzecz jasna wywołało ogromną złość środowiska. Piekielna wprost nienawiść pojawiła się, gdy zdecydowaliśmy się na utworzenie Porozumienia Centrum. Media od samego rana ziały jadem, niemal odmawiając PC prawa do istnienia.

- Wtedy mówiło się, że jesteście partią oszołomów, zagrażającą spokojowi i przyszłości „tego kraju”. Nie byliście?

- Wręcz przeciwnie. Chcieliśmy zastopować rozpoczęte już opanowywanie polskich spraw przez jedno jedynie słuszne środowisko. Wtedy mianowicie realizowano pomysł, aby nad całokształtem polskich spraw zapanowały Komitety Obywatelskie, co w istocie znaczyło, że najważniejsze sprawy kraju będą się decydowały w kilku warszawskich mieszkaniach… Myśmy ten błogostan rzeczywiście rozbijali i z tego tylko punktu widzenia można było nas uznać za siłę destrukcyjną.

- I to wtedy stał się Pan uosobieniem wszelkiego zła politycznego?

- Chyba tak, choć najbardziej odczułem to, kiedy poruszyliśmy sprawę korupcji w Polsce. Gdy zorganizowaliśmy pierwszą konferencję antykorupcyjną w 1991 r., to zaczęło się oskarżanie nas o korupcję właśnie! Wtedy to usłyszałem, że jestem człowiekiem, który dorobił się wielkiego majątku na polityce. A tymczasem mieszkałem sobie skromnie w pokoju przy rodzicach - bo nigdy się nie dorobiłem własnego mieszkania - gdzie było bardzo biednie, bo rodzice od dawna byli na emeryturze, a ja przez długi czas byłem bez dochodów…

- Co najbardziej głupiego i absurdalnego udało się Panu usłyszeć na swój temat?

- Jeden z moich kolegów od taksówkarza usłyszał, że jestem szefem wszystkich gangów w Warszawie, a pewna była pracownica KC, powołując się na bliską znajomość ze mną, mówiła, że na pewno wie, iż jestem właścicielem fabryki cukierków. Tego typu wieści roznosiły się szeroko po Polsce, w każdym z województw jakoby byłem właścicielem jakichś dóbr… W Piotrkowie usłyszałem: Co pan tu mydli nam oczy jakąś demokracją, przecież pan swojego brata kierowcę zrobił szefem NIK-u i ma pan inwestycje na 800 mln dolarów… Najgorsze, że ludzie wierzyli w te bzdury.

- Było przykro?

- Bywało… choć miałem nadzieję, że zważywszy na absurdalność tych oszczerstw, poważni ludzie nie będą w nie wierzyć.

- Jednak wierzyli!

- Trudno to pojąć, ale, niestety, tak. Bywało, że nie mogłem spokojnie wyjść na ulicę, bo ze wszystkich stron słyszałem obelżywe słowa i oskarżenia.

- Znamienne, że Pana politycznym adwersarzom bogactw raczej nie przypisywano…

- Oczywiście, że nie, choć niejeden z nich miał wiele na sumieniu. Ponieważ jednak myśmy zaatakowali to gigantyczne złodziejstwo, rozkradanie majątku narodowego na wszelkie sposoby, to zrobiono z nas złodziei, dla prostego odwrócenia uwagi. To trwało kilka lat.

- W mediach pojawiały się także innego rodzaju oskarżenia pod Pana adresem. Równie absurdalne?

- Rzeczywiście, atakowano mnie z wielu stron, równie absurdalnie, zwłaszcza w czasie sporu z Lechem Wałęsą. Nawet z tego powodu, że lubię koty… Uspokoiło się nieco, gdy w połowie lat 90. PC wypadło z głównego nurtu politycznego, brat przestał być szefem NIK-u, a ja w 1997 r. wróciłem do Sejmu jako niezrzeszony poseł, który niewiele mógł zdziałać.

- Ale za to mógł wymyślić projekt „tej strasznej” IV RP!

- Dla pełnej jasności powiem, że nie ja wymyśliłem określenie „IV RP”, lecz Rafał Matyja (publicysta i politolog), a rozpowszechniał je Paweł Śpiewak (który był wówczas blisko związany z PO i później był nawet posłem z jej ramienia!). Prawdą jest natomiast, że już od początku lat 90. w naszym środowisku zaczął kiełkować pomysł „nowego państwa”, zupełnie innego niż to, którego tworzenie było właśnie w toku… Cały ten projekt był, oczywiście, ogromnym zagrożeniem dla układu postkomunistycznego, bo miał radykalnie odwrócić wszystkie złe zjawiska społeczne i gospodarcze. Od początku lat 90. mówiliśmy o „latynizacji”, czyli o nieefektywnym kapitalizmie, powiązanym z siłami postkomunizmu. Dlatego uznano nas za ludzi niezwykle groźnych. Gdy w 1994 r. staraliśmy się przebić z ideą walki z przestępczością, to znów była wielka furia, bo ośmielaliśmy się wypominać dziwną bezradność państwa wobec rozwijającej się przestępczości. W dyskusji telewizyjnej usłyszałem wtedy od szefa więziennictwa Moczydłowskiego „koronny” zarzut: A pana przecież też oskarżają o złodziejstwo…

- Co Pan na to?

- Trudno było dyskutować na takim poziomie, a więc tym bardziej trzeba było jakoś działać. Organizowaliśmy wiece, zbieraliśmy podpisy, przygotowywaliśmy projekty ustaw, ale to wszystko niewiele dawało, jeśli nie liczyć zmasowanej krytyki i nieprzychylności mediów. Dopiero gdy Lech Kaczyński został ministrem sprawiedliwości, te nasze słowa i projekty zaczął zmieniać w czyn, co zostało dobrze przyjęte przez społeczeństwo.

- Wtedy nastały lepsze czasy i krytyka medialna zelżała?

- W żadnym razie! Ja zachowałem swój status polityka skrajnie niepopularnego, za to brat zyskał popularność i szybko zaczął pod tym względem doganiać Kwaśniewskiego. Ale ta rosnąca popularność jednego z Kaczyńskich zaowocowała, niestety, bardzo brutalnym atakiem w mediach. Telewizja publiczna wyemitowała film pt. „Dramat w trzech aktach”, który z nas robił współodpowiedzialnych za aferę FOZZ-u… Kłamstwo wyssane z palca! W tym czasie w kabarecie Olgi Lipińskiej śpiewano: „Hej, jadą z forsą wozy,/Hej, a na nich kaczory,/Hej, jadą po raz drugi,/Hej, znów się forsa zgubi”.

- Nie staraliście się bronić dobrego imienia przed sądem?

- Staraliśmy się, tyle że to się nie udawało. Bywało tak, że sądy nie podejmowały naszych spraw. Wytoczyłem proces Urbanowi, który się nigdy nie odbył… Wytoczyłem Andrzejowi Drzycimskiemu (który powiedział, że to ja pomogłem uciec Bagsikowi i Gąsiorowskiemu) - w pierwszej instancji przegrałem z uzasadnieniem, że rzecznik prasowy prezydenta mógł sobie pozwolić na taką luźną wypowiedź, natomiast sąd drugiej instancji przez pięć lat - a więc do przedawnienia - nie miał czasu zająć się tą sprawą… Proces o moją rzekomą lojalkę toczył się przez długie lata i gdyby nie to, że komuniści sami się przyznali do fałszerstwa, to prawdopodobnie bym go nie wygrał… Na sprawiedliwość sądów nigdy nie mogliśmy liczyć.

- Gdy 2001 r. powstały dwa centroprawicowe ugrupowania -PiS i PO - wydawało się, że ze względu na pokrewieństwo ideowe nareszcie nie będzie większych sporów. Dlaczego tak się nie stało?

- Dostaliśmy się do parlamentu w 2001 r. jako niewielka grupa. Niedługo potem wybuchła afera Rywina i znaleźliśmy się, wraz z PO, w głównym nurcie politycznym. Wydawało się, że wspólnie będziemy dobijać postkomunizm. Dlatego sporym dla mnie zaskoczeniem było, gdy 19 czerwca 2005 r., zupełnie z nagła, Donald Tusk wygłosił w Warszawie na Torwarze bardzo agresywne wobec nas przemówienie. Już przedtem parę razy spotykaliśmy się z agresją z jego strony przy okazji omawiania różnych ważnych spraw i widać było, że to nie jest człowiek, z którym będzie można się porozumieć…

- A mówiono zawsze, że to Pan nie jest skłonny do porozumień!

- No właśnie, bo o mnie można było mówić wszystko, nawet nieprawdę, i nigdy nie miałem szansy sprostowania…

- Po 19 czerwca 2005 r. doszedł Pan do wniosku, że raczej niemożliwe będzie tworzenie „nowego państwa” wspólnie z PO?

- Na to, niestety, wyglądało. Donald Tusk poczuł się pewniej, gdy rozprawiono się z Cimoszewiczem i już wszystkie głosy postkomunistycznego establishmentu mogły pójść na korzyść PO, a kampania wyborcza PO mogła być zbudowana na atakach na nas. Przedstawiono nas jako tych, którzy chcą siać terror. To była krytyka naszej deklaracji walki z korupcją. Straszono naszym programowym „socjalizmem”. Przekonywano, że tylko PO jest gwarantem spokoju.

- PiS w tej kampanii nie pozostawało jednak dłużne - też straszyło!

- Oczywiście, ale zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na różnice programowe, że nam chodzi o Polskę solidarną, im o liberalną. Wydawało się, że stosujemy normalne metody walki wyborczej, ale jakkolwiek byśmy nie zadziałali, choćby przedstawiając symbol pustoszejącej lodówki, wszystko uznawano za kamień obrazy. Warto powiedzieć, że gdyby PO mogła zrealizować wtedy swój program, to późniejszy kryzys zniszczyłby Polskę… Na szczęście, to my wygraliśmy wybory w 2005 r.

- I potem to Pan nie chciał dopuścić do utworzenia rządu koalicyjnego PiS-PO?

- Nic podobnego! To oni nie chcieli wtedy sojuszu z nami, z partią, która wygrała… Byli pewni, że dostaną poparcie mediów w każdej sytuacji, dlatego mogli przeprowadzić tę swoją socjotechniczną grę, aby winę za nieutworzenie koalicji zwalić na nas. Nie chcieli też nowych wyborów, gdy wiosną 2006 r. proponowaliśmy samorozwiązanie parlamentu, mimo że już wtedy wyprzedzali nas w sondażach. Wówczas padła taka bardzo charakterystyczna deklaracja: nie chodzi o to, żeby teraz wygrać z PiS-em, nam chodzi o to, żeby PiS anihilować, unicestwić.

- Uważa Pan, że to właśnie wtedy rozpoczęła się ta najgroźniejsza odsłona kampanii nienawiści?

- Tak, choć już po wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Polski Platforma wraz z popierającym ją establishmentem ogłosiła niemal żałobę narodową i wiadomo było, że najgorsze przykrości dopiero przed nami… Zaczęło się obrażanie, wyśmiewanie prezydenta, na temat reklamówki mojej śp. Bratowej rozpętano całą kampanię szyderstw… W obronę wzięto niejakiego Huberta H., który lżył prezydenta, a stał się niemal bohaterem narodowym. Zasugerowano ludziom nawet, że jest on prześladowany na polecenie Lecha Kaczyńskiego… To prymitywne pomówienie było zarazem sygnałem dla prokuratury, żeby nie zajmowała się sprawami obecnego prezydenta, i rzeczywiście, czegokolwiek obraźliwego by o prezydencie nie powiedziano, to sprawy albo nie podejmowano, albo ją umarzano. Natomiast przy takim samym stanie prawnym za prezydentury Kwaśniewskiego potrafiono skazywać na pozbawienie wolności za powiedzenie, że prezydent jest leniwy… O Leszku można było powiedzieć wszystko, co najgorsze, że pijak, że cham - i nic… Nie ma przesady w określeniu, że wokół prezydenta Kaczyńskiego stworzono cały przemysł pogardy.

- Kogo uważa Pan za głównego twórcę tego przemysłu pogardy?

- Przede wszystkim polityków PO, którzy byli inspiratorami większości obelżywych kampanii. Najwięcej zasług w tej sprawie położył chyba sam Donald Tusk, który już kilka lat temu mówił o schizofrenii braci Kaczyńskich, którzy wskazują nadużycia, układy, złodziejskie powiązania... Moim zdaniem, to obrażanie nas było głęboko przemyślane, było zakamuflowaną obroną tych, którzy poczuli się zagrożeni przez rządy Kaczyńskich.

- Dlaczego po przejęciu władzy przez PO nie doszło do uspokojenia nastrojów? Może tym razem to PiS, jako partia opozycyjna, prowokowało kłótnię?

- Pewnie dlatego, że głównym celem PO było całkowite wyeliminowanie PiS-u z polityki. Zwracam uwagę, że to nie my używaliśmy obelżywych słów i prymitywnych dowcipów. Takowe zaczęły padać z ust wysokich urzędników państwowych i ochoczo były powielane przez media. Mówiono o nas jako o dewiantach, nazywano bydłem, watahą, którą trzeba dorżnąć… Szyderstwo z Kaczyńskich było w dobrym tonie, przy każdej okazji, w każdym salonie, na każdym dworcu. Wielu dziennikarzy i twórców programów popkulturowych nie zarobiłoby inaczej na życie. I pewnie wszyscy mieli przy tym dobrą zabawę, ale uważam, że za tą całą nagonką medialną kryje się jeszcze coś więcej. Uważam, że mamy do czynienia z całkowicie przemyślaną intencją szkodzenia Polsce.

- No i właśnie znów naraża się Pan na kolejne ataki, że dopatruje się Pan wszędzie spisku…!

- Trudno. Inaczej nie sposób tego wszystkiego zrozumieć. Czasem poziom agresji naszych mediów jako żywo przypomina mi radio Moskwa z najciemniejszych czasów. Najdobitniej odczuwałem to wtedy, kiedy prezydent z narażeniem życia poleciał do Gruzji, żeby ratować coś, co było bardzo ważne także dla interesu Polski, i był z tego powodu wyszydzany, wyśmiewany. Naprawdę, narażając się znowu na czyjąś furię, powiem, że być może to właśnie udział w tamtej gruzińskiej misji przyczynił się do przedwczesnej śmierci mojego brata…

- A może, Panie Prezesie, ten polski przemysł nienawiści wymknął się po prostu spod kontroli i nikt nad nim nie panuje?

- Moim zdaniem, ten przemysł nienawiści był i jest jednak sztucznie podtrzymywany, bo PO po prostu nie umie inaczej rządzić; moralnie i intelektualnie jest niezdolna do rządzenia. To jest strukturalna cecha tej elity politycznej, która prowadzi do tego, że zamiast prawdy mamy manipulację. Mechanizm demokratyczny zmienił się w jedną wielką manipulację! Gdy co miesiąc obchodzę wspomnienie śmierci brata, to mówi się, że urządzam faszystowskie demonstracje… Tak mówi się o pochodzie, który modli się pod wodzą księży, tylko dlatego, że ludzie niosą pochodnie… Niestety, duża część zwolenników PO nie rozumie rzeczywistości, niewiele o niej wie i nawet nie chce wiedzieć…

- Wydawało się, że katastrofa smoleńska wyciszy spory i nienawiści, tymczasem stało się wręcz przeciwnie. Podobno to z Pana winy?...

- Proszę zwrócić uwagę, że gdy nie chciałem wykorzystywać osobistej tragedii w kampanii wyborczej, to nazwano to hipokryzją. Gdy tylko zacząłem zgłaszać zastrzeżenia do postępowania rządu w kwestii wyjaśniania przyczyn katastrofy, uznano, że się awanturuję… Ja nie zamierzam w tej sprawie milczeć. A zachowanie polskiego rządu wobec strony rosyjskiej oceniam jako jeden wielki skandal! Właśnie przy okazji tej tragedii okazało się najdobitniej, że politycy sprawujący obecnie władzę nie mają moralnych kwalifikacji do rządzenia dużym europejskim krajem.

- A zatem będzie Pan nadal jątrzył?

- Nie godzi się siedzieć cicho, gdy się słyszy niewybredne, chamskie dowcipy, obrażające Zmarłych! Gdy po przeżyciu wielkiej tragedii narodowej ruszyła nieprawdopodobna fala chamstwa, podmywająca fundamenty naszej kultury... Nic na to nie poradzę, że mam dziś silne skojarzenia z czasem okupacji, gdy tłamszono naszą samodzielność… Wiem, że to wywoła furię, ale niestety, taka jest moja ocena obecnej sytuacji. Uważam, że ten klimat politycznie zainspirowanej nienawiści nie mógł się nie skończyć tragicznym wydarzeniem w Łodzi.

- Po tym zabójstwie, komentując Pana niechęć przyłączenia się do rządowej akcji walki z nienawiścią w polityce, premier powiedział, że nie dojrzał Pan do refleksji…

- A pewien publicysta wprost oszalały z nienawiści ogłosił wprost, że to ja jestem wszystkiemu winien… Moje zdumienie budzi fakt, że „Rzeczpospolita” publikuje głosy wzywające mnie do przeprosin za to, że w Łodzi zamordowano niewinnego człowieka, bo zabójca nie mógł zamordować mnie. A gdyby do ataku doszło tu, w moim biurze, i gdybym jakimś cudem wyszedł cało, to powinienem natychmiast przeprosić Donalda Tuska i całą PO za to, że dokonano na mnie zamachu!? Co więcej, doszło do sytuacji niespotykanej w cywilizowanych państwach: po tym politycznym morderstwie znaleźli się czołowi politycy Platformy, tacy jak panowie Niesiołowski, którego Platforma uczyniła wicemarszałkiem Sejmu, i Czuma, który był ministrem sprawiedliwości, którzy wręcz usprawiedliwiali ten mord. Bo czym, jak nie usprawiedliwieniem tej zbrodni, są słowa (skierowane do mnie), że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Takie słowa, zwłaszcza w ustach osoby, która była ministrem sprawiedliwości, są szczególnie odrażające.

- Dlaczego nie docenia Pan gestu złożenia kwiatów w miejscu morderstwa przez premiera, prezydenta i marszałka Sejmu?

- Dlatego właśnie, że to tylko gest, za którym nie idą konkretne działania. Aby w Polsce można było dziś mówić o realnej zmianie, to po pierwsze - powinno być wszczęte postępowanie karne przeciwko Januszowi Palikotowi, który jako ceniony w swej partii polityk jawnie podżegał do zabójstwa. Po drugie - Bronisław Komorowski i Donald Tusk powinni przeprosić publicznie w Sejmie za obelgi rzucane na mojego śp. Brata, a pan Komorowski także za usprawiedliwianie wyjątkowo odrażającego ataku swojego przyjaciela Palikota na śp. Grażynę Gęsicką.

- „Eksperymentalnie” prezydent już to uczynił.

- W tych przeprosinach było więcej cynizmu niż stosownej pokory… Przepraszać należy uczciwie, po chrześcijańsku. A za prawdziwymi przeprosinami powinien też pójść apel do mediów, aby nie sączyły jadu, nie prymitywizowały debaty publicznej, aby wreszcie zaczęły spełniać swą właściwą w demokracji rolę rzetelnego kontrolera rządów i polityki.

- Wtedy zgodzi się Pan na rozmowę z prezydentem, której teraz Pan odmawia?

- Tak. W przeciwnym razie pozostanę w przekonaniu, że chodzi tu o kolejny nieczysty manewr polityczny.

- Tyle że ta Pana dumna odmowa znowu będzie krytykowana i wyśmiewana. Nie boi się Pan tego?

- Niczego już się nie boję. I oświadczam, że nikt mnie nie zmusi - chyba że mnie zabije - do tego, żebym nie dążył do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, bo to jest mój obowiązek wobec Polski, wobec mojego śp. Brata i wobec Przyjaciół, którzy zginęli.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

KUL: ewakuacja po informacji o bombie

2019-01-16 13:16

dab / Lublin (KAI)

Na polecenie służb ratunkowych we wtorek 16 stycznia ewakuowano wszystkich ludzi przebywających na terenie kampusu głównego KUL przy al. Racławickich w Lublinie. Według nieoficjalnych informacji, na uczelni ma znajdować się ładunek wybuchowy.

Roman Czyrka

W rozmowie z KAI, doktorant KUL Kamil Wykrętek mówił o kulisach akcji ewakuacyjnej. – Podczas zajęć prowadzący kazali uciekać z sal wykładowych. Straż wewnętrzna zabroniła zbliżać się do budynków uczelni, wszędzie jest pełno straży i policji, wygląda to bardzo poważnie – relacjonuje doktorant.

(rozszerzymy)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem