Reklama

Koncert kolęd 2019

Biskup spotkał się z dziekanami

2018-06-21 18:53

Kamil Krasowsk

Karolina Krasowska
Chcemy wzmocnić naszą odpowiedź na tę łaskę, którą otrzymaliśmy od Ojca Świętego, jaką jest Rok Jubileuszowy

Rok Jubileuszowy, ochrona danych osobowych (RODO), kwestie rodziny, sprawy związane z bieżącym funkcjonowaniem komunikacji w diecezji między biskupem, kurią a parafiami – to tematy jakie były poruszane w czasie spotkania bp. Tadeusza Lityńskiego z dziekanami i wicedziekanami diecezji zielonogórsko-gorzowskiej.

Spotkanie odbyło się 19 czerwca w Domu Biskupim w Zielonej Górze. Bp Lityński w rozmowie z „Aspektami” zwrócił uwagę na znaczenie naszej odpowiedzi na łaski, które w naszej diecezji daje Maryjny Rok Jubileuszowy. - Chcemy wzmocnić naszą odpowiedź na tę łaskę, którą otrzymaliśmy od Ojca Świętego poprzez intensyfikację życia pielgrzymkowego i roli jaką pełni Rokitno jako sanktuarium w Roku Jubileuszowym – powiedział ksiądz biskup.

W spotkaniu uczestniczył ks. Antoni Łatka. - Koordynuje z księdzem biskupem to, co się dzieje w dekanacie. Reprezentuję biskupa i omawiam z nim różne ważne, aktualne tematy, które później – po takich spotkaniach – na bieżąco przekazuję księżom w dekanacie – powiedział dziekan dekanatu Wschowa. – Dzisiaj mamy rozmawiać nt. nowych przepisów o ochronie danych osobowych. Na pewno będą to nie tylko dla nas cenne informacje, ale także dla poszczególnych księży w dekanacie, którym przekażemy uzyskane informacje, które będą później ułatwiały życie i pracę duszpasterską w poszczególnych parafiach – dodał ks. Paweł Konieczny, wicedziekan dekanatu Żary.

Tagi:
jubileusz

Młody Kościół dziękuje

2019-01-13 19:03

Beata Pieczykura

Obchody w roku jubileuszowym 10-lecia istnienia parafii pw. św. Jana Berchmansa w Gorzkowie – Trzebniowie

Beata Pieczykura
Odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych

W roku jubileuszowym wdzięczności Bogu za 10-lecie istnienia parafii pw. św. Jana Berchmansa w Gorzkowie–Trzebniowie na Mszę św. przybyły dzieci, które od stycznia 2010 r. do grudnia 2018 r. zostały ochrzczone w tej wspólnocie, wraz z rodzicami, rodzicami chrzestnymi i dziadkami. Razem z nimi swoje rocznice świętowali Jakub – 18. urodzin i chrztu oraz Elżbieta dziękująca Bogu za 60 lat życia i chrzest. Z tej okazji 13 stycznia, w święto Chrztu Pańskiego, Eucharystię w intencji dzieci i ich rodzin sprawował proboszcz ks. kan. Bogumił Kowalski. Dziękował on za pierwszy sakrament z nadzieją, że licznie zgromadzony młody Kościół mocą Trójcy Przenajświętszej będzie jak źródła światła w świecie i siłą życiodajną dla ludzi. W tym kontekście mówił: – Chrzest raz na zawsze dany, a wciąż na nowo przeżywany, przypominając słowa pieśni: „Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz, dotrzymać pragnę szczerze. Kościoła słuchać w każdy czas. I w świętej wytrwać wierze”. Niedziela Chrztu Pańskiego po raz pierwszy w naszej parafii jest przeżywana w duchu dziękczynienia, każdy z nas pamięta, jaki był styczeń 2010 r.

Na przykładzie św. Jana Berchmansa zwrócił uwagę na znaczenie pierwszego z sakramentów. Patron bowiem przyszedł na świat 13 marca 1599 r., a następnego dnia przyjął chrzest. W tym miejscu warto przypomnieć, że 15 stycznia (1888 r.) przypada rocznica jego kanonizacji. Niedziela Chrztu Pańskiego w parafii Gorzków–Trzebniów to także dzień ze św. Dominikiem Savio, przypadający w każdą 2. niedzielę miesiąca. Ta wspólnota stała się domem dla świętych, m.in. św. Dominika Savio, gdzie znajdują się jego relikwie i obraz peregrynujące po wszystkich parafiach archidiecezji częstochowskiej. 31 stycznia minie pierwsza rocznica tej peregrynacji, która zakończyła się 31 stycznia w parafii pw. Świętych Apostołów Szymona i Judy Tadeusza w Żarkach. W duchu wdzięczności oraz odpowiedzialności za najwspanialszy dar Boga ks. kan. Kowalski prosił swoich parafian: – Warto odkrywać wartość wiary w Boga i przypominać sobie o godności dziecka Bożego, o tym, że jesteśmy ważni dla Komuś niezwykłego – dla naszego Ojca w niebie. On na nas liczy, kocha miłością nieskończoną, wierną, bezinteresowną i proszę z tego miejsca nie popsujmy Mu tego.

Była to Liturgia pełna symbolów przypominająca o fundamentalnej prawdzie przyświecającej wspólnej modlitwie: wszyscy zebrani odnowili przyrzeczenia chrzcielne, a potem podchodzili do chrzcielnicy (tej pochodzącej z zamkniętego kościoła w Diest z powodu braku wiernych) i uczynili znak krzyża, dzieci przyjęły indywidualne błogosławieństwo, a cały Kościół dziękował Panu i z radością śpiewał hymn „Te Deum”. Pamiątką tego dnia był prezent przygotowany przez parafię i Tygodnik Katolicki „Niedziela”. Kontynuacją radości był wspólny posiłek w sali św. Jana Berchmansa. Spotkanie odbyło się staraniem Księdza Proboszcza, Parafialnej Rady Duszpasterskiej i Parafialnej Rady Ekonomicznej.

Tego dnia do św. Jana Berchmansa pielgrzymowały Siostry Dominikanki Matki Bożej Różańcowej z Częstochowy. Razem z dziećmi ochrzczonymi w tej parafii (117) modliły się oraz dziękowały za własny chrzest i każdego z zebranych. – Od momentu chrztu każdy z nas jest córką, synem Boga, to wielki dar, wielka łaska. Od momentu jesteśmy bardzo obdarowani darem powołania, życia w miłości i świętości, którzy mamy rozwijać przez całe życie – mówiła s. Maria Kiara. Siostry przybliżyły życie zakonne, duchowość, historię i obecność sióstr dominikanek w Polsce i na świecie. Zapewniły o pamięci modlitewnej i zachęciły wiernych do modlitwy w intencji nowych powołań zakonnych do tego zgromadzenia także z tej wspólnoty parafialnej.

Kolejne dziękczynne Msze św. zgromadzą wiernych, którzy w tej parafii przyjęli sakramenty: bierzmowania, pokuty, Eucharystii, namaszczenia chorych, kapłaństwa i małżeństwa. W ten sposób parafianie w ramach obchodów rocznicy istnienia swojej wspólnoty, dziękują Bogu za Jego miłość wyrażającą się w sakramentach będących skutecznymi znakami łaski oraz za życie Boże udzielone im przez te znaki.

„Chrzest jest najpiękniejszym i najwspanialszym darem Boga. Nazywamy go darem, łaską, namaszczeniem, oświeceniem, szatą niezniszczalności, obmyciem odradzającym, pieczęcią i wszystkim, co może być najcenniejsze. Darem – ponieważ jest udzielany tym, którzy nic nie przynoszą; łaską – ponieważ jest dawany nawet tym, którzy zawinili; chrztem – ponieważ grzech zostaje pogrzebany w wodzie; namaszczeniem – ponieważ jest święty i królewski (a królów się namaszcza); oświeceniem – ponieważ jest jaśniejącym światłem; szatą – ponieważ zakrywa nasz wstyd; obmyciem – ponieważ oczyszcza; pieczęcią – ponieważ strzeże nas i jest znakiem panowania Boga”.

Św. Grzegorz z Nazjanzu

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019

Długa historia nienawiści

Z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim o mechanizmach, twórcach, bohaterach i ofiarach przemysłu nienawiści rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 45/2010, str. 8-10

Dominik Różański
Poseł Jarosław Kaczyński - prezes Prawa i Sprawiedliwości

Wiesława Lewandowska: - Po morderstwie w łódzkim biurze PiS politycy i dziennikarze zaczęli mówić o potrzebie wykluczenia języka nienawiści z debaty publicznej. Niedwuznacznie wskazuje się na Pana, jako na głównego siewcę języka nienawiści. Co Pan na to?

Jarosław Kaczyński: - No tak, z woli mediów i polityków rządzących jestem niemalże sprawcą tego mordu! To dla mnie nic nowego. Przywykłem, że za wszelkie zło w Polsce odpowiadają bracia Kaczyńscy, a teraz ja sam…

- … Kiedy Pan po raz pierwszy usłyszał o sobie, że jest „oszołomem”?

- Od dawna ironizowano, że tworzymy z Leszkiem dwuosobową partię. Poważniejsze uszczypliwości, jeszcze w ramach wspólnego środowiska, zaczęły się, gdy obaj z bratem - który wtedy był pierwszym zastępcą Lecha Wałęsy - dostaliśmy zlecenie, by zorganizować powołanie pierwszego rządu w wolnej Polsce. Wtedy właśnie często słyszałem różne niemiłe rzeczy, środowisko dawało do zrozumienia, że powinniśmy być wreszcie po właściwej stronie…

- Środowisko, czyli kto?

- To było szeroko rozumiane środowisko „Gazety Wyborczej”. Doskonale pamiętam tamtą wściekłość i zaciętość… Muszę uczciwie powiedzieć, że jedynym człowiekiem wolnym od tego rodzaju politycznej i osobistej zawiści był Jacek Kuroń, który mówił mi półżartem: Ja już przeszedłem do historii, to nie przeżywam tak boleśnie tego twojego „wywyższenia”, ale pamiętaj, że dla innych to może być nie do zniesienia.

- I było?

- I było coraz ostrzej. Naprawdę ostro zaczęło się, kiedy zostałem redaktorem naczelnym „Tygodnika Solidarność”. Właśnie wtedy nazywano mnie oszołomem i karierowiczem, a „Tygodnik” był odsądzany od czci i wiary. Przekonywano, że jest okropny, kompromitujący, że nie należy go brać do ręki. A chodziło po prostu o to, że panowie z lewicy laickiej chcieli mieć wszystko na wyłączność, nawet „Solidarność”. To wtedy padł z ich strony pomysł przeniesienia biura „Solidarności” do Warszawy, zablokowany przez mojego brata, co rzecz jasna wywołało ogromną złość środowiska. Piekielna wprost nienawiść pojawiła się, gdy zdecydowaliśmy się na utworzenie Porozumienia Centrum. Media od samego rana ziały jadem, niemal odmawiając PC prawa do istnienia.

- Wtedy mówiło się, że jesteście partią oszołomów, zagrażającą spokojowi i przyszłości „tego kraju”. Nie byliście?

- Wręcz przeciwnie. Chcieliśmy zastopować rozpoczęte już opanowywanie polskich spraw przez jedno jedynie słuszne środowisko. Wtedy mianowicie realizowano pomysł, aby nad całokształtem polskich spraw zapanowały Komitety Obywatelskie, co w istocie znaczyło, że najważniejsze sprawy kraju będą się decydowały w kilku warszawskich mieszkaniach… Myśmy ten błogostan rzeczywiście rozbijali i z tego tylko punktu widzenia można było nas uznać za siłę destrukcyjną.

- I to wtedy stał się Pan uosobieniem wszelkiego zła politycznego?

- Chyba tak, choć najbardziej odczułem to, kiedy poruszyliśmy sprawę korupcji w Polsce. Gdy zorganizowaliśmy pierwszą konferencję antykorupcyjną w 1991 r., to zaczęło się oskarżanie nas o korupcję właśnie! Wtedy to usłyszałem, że jestem człowiekiem, który dorobił się wielkiego majątku na polityce. A tymczasem mieszkałem sobie skromnie w pokoju przy rodzicach - bo nigdy się nie dorobiłem własnego mieszkania - gdzie było bardzo biednie, bo rodzice od dawna byli na emeryturze, a ja przez długi czas byłem bez dochodów…

- Co najbardziej głupiego i absurdalnego udało się Panu usłyszeć na swój temat?

- Jeden z moich kolegów od taksówkarza usłyszał, że jestem szefem wszystkich gangów w Warszawie, a pewna była pracownica KC, powołując się na bliską znajomość ze mną, mówiła, że na pewno wie, iż jestem właścicielem fabryki cukierków. Tego typu wieści roznosiły się szeroko po Polsce, w każdym z województw jakoby byłem właścicielem jakichś dóbr… W Piotrkowie usłyszałem: Co pan tu mydli nam oczy jakąś demokracją, przecież pan swojego brata kierowcę zrobił szefem NIK-u i ma pan inwestycje na 800 mln dolarów… Najgorsze, że ludzie wierzyli w te bzdury.

- Było przykro?

- Bywało… choć miałem nadzieję, że zważywszy na absurdalność tych oszczerstw, poważni ludzie nie będą w nie wierzyć.

- Jednak wierzyli!

- Trudno to pojąć, ale, niestety, tak. Bywało, że nie mogłem spokojnie wyjść na ulicę, bo ze wszystkich stron słyszałem obelżywe słowa i oskarżenia.

- Znamienne, że Pana politycznym adwersarzom bogactw raczej nie przypisywano…

- Oczywiście, że nie, choć niejeden z nich miał wiele na sumieniu. Ponieważ jednak myśmy zaatakowali to gigantyczne złodziejstwo, rozkradanie majątku narodowego na wszelkie sposoby, to zrobiono z nas złodziei, dla prostego odwrócenia uwagi. To trwało kilka lat.

- W mediach pojawiały się także innego rodzaju oskarżenia pod Pana adresem. Równie absurdalne?

- Rzeczywiście, atakowano mnie z wielu stron, równie absurdalnie, zwłaszcza w czasie sporu z Lechem Wałęsą. Nawet z tego powodu, że lubię koty… Uspokoiło się nieco, gdy w połowie lat 90. PC wypadło z głównego nurtu politycznego, brat przestał być szefem NIK-u, a ja w 1997 r. wróciłem do Sejmu jako niezrzeszony poseł, który niewiele mógł zdziałać.

- Ale za to mógł wymyślić projekt „tej strasznej” IV RP!

- Dla pełnej jasności powiem, że nie ja wymyśliłem określenie „IV RP”, lecz Rafał Matyja (publicysta i politolog), a rozpowszechniał je Paweł Śpiewak (który był wówczas blisko związany z PO i później był nawet posłem z jej ramienia!). Prawdą jest natomiast, że już od początku lat 90. w naszym środowisku zaczął kiełkować pomysł „nowego państwa”, zupełnie innego niż to, którego tworzenie było właśnie w toku… Cały ten projekt był, oczywiście, ogromnym zagrożeniem dla układu postkomunistycznego, bo miał radykalnie odwrócić wszystkie złe zjawiska społeczne i gospodarcze. Od początku lat 90. mówiliśmy o „latynizacji”, czyli o nieefektywnym kapitalizmie, powiązanym z siłami postkomunizmu. Dlatego uznano nas za ludzi niezwykle groźnych. Gdy w 1994 r. staraliśmy się przebić z ideą walki z przestępczością, to znów była wielka furia, bo ośmielaliśmy się wypominać dziwną bezradność państwa wobec rozwijającej się przestępczości. W dyskusji telewizyjnej usłyszałem wtedy od szefa więziennictwa Moczydłowskiego „koronny” zarzut: A pana przecież też oskarżają o złodziejstwo…

- Co Pan na to?

- Trudno było dyskutować na takim poziomie, a więc tym bardziej trzeba było jakoś działać. Organizowaliśmy wiece, zbieraliśmy podpisy, przygotowywaliśmy projekty ustaw, ale to wszystko niewiele dawało, jeśli nie liczyć zmasowanej krytyki i nieprzychylności mediów. Dopiero gdy Lech Kaczyński został ministrem sprawiedliwości, te nasze słowa i projekty zaczął zmieniać w czyn, co zostało dobrze przyjęte przez społeczeństwo.

- Wtedy nastały lepsze czasy i krytyka medialna zelżała?

- W żadnym razie! Ja zachowałem swój status polityka skrajnie niepopularnego, za to brat zyskał popularność i szybko zaczął pod tym względem doganiać Kwaśniewskiego. Ale ta rosnąca popularność jednego z Kaczyńskich zaowocowała, niestety, bardzo brutalnym atakiem w mediach. Telewizja publiczna wyemitowała film pt. „Dramat w trzech aktach”, który z nas robił współodpowiedzialnych za aferę FOZZ-u… Kłamstwo wyssane z palca! W tym czasie w kabarecie Olgi Lipińskiej śpiewano: „Hej, jadą z forsą wozy,/Hej, a na nich kaczory,/Hej, jadą po raz drugi,/Hej, znów się forsa zgubi”.

- Nie staraliście się bronić dobrego imienia przed sądem?

- Staraliśmy się, tyle że to się nie udawało. Bywało tak, że sądy nie podejmowały naszych spraw. Wytoczyłem proces Urbanowi, który się nigdy nie odbył… Wytoczyłem Andrzejowi Drzycimskiemu (który powiedział, że to ja pomogłem uciec Bagsikowi i Gąsiorowskiemu) - w pierwszej instancji przegrałem z uzasadnieniem, że rzecznik prasowy prezydenta mógł sobie pozwolić na taką luźną wypowiedź, natomiast sąd drugiej instancji przez pięć lat - a więc do przedawnienia - nie miał czasu zająć się tą sprawą… Proces o moją rzekomą lojalkę toczył się przez długie lata i gdyby nie to, że komuniści sami się przyznali do fałszerstwa, to prawdopodobnie bym go nie wygrał… Na sprawiedliwość sądów nigdy nie mogliśmy liczyć.

- Gdy 2001 r. powstały dwa centroprawicowe ugrupowania -PiS i PO - wydawało się, że ze względu na pokrewieństwo ideowe nareszcie nie będzie większych sporów. Dlaczego tak się nie stało?

- Dostaliśmy się do parlamentu w 2001 r. jako niewielka grupa. Niedługo potem wybuchła afera Rywina i znaleźliśmy się, wraz z PO, w głównym nurcie politycznym. Wydawało się, że wspólnie będziemy dobijać postkomunizm. Dlatego sporym dla mnie zaskoczeniem było, gdy 19 czerwca 2005 r., zupełnie z nagła, Donald Tusk wygłosił w Warszawie na Torwarze bardzo agresywne wobec nas przemówienie. Już przedtem parę razy spotykaliśmy się z agresją z jego strony przy okazji omawiania różnych ważnych spraw i widać było, że to nie jest człowiek, z którym będzie można się porozumieć…

- A mówiono zawsze, że to Pan nie jest skłonny do porozumień!

- No właśnie, bo o mnie można było mówić wszystko, nawet nieprawdę, i nigdy nie miałem szansy sprostowania…

- Po 19 czerwca 2005 r. doszedł Pan do wniosku, że raczej niemożliwe będzie tworzenie „nowego państwa” wspólnie z PO?

- Na to, niestety, wyglądało. Donald Tusk poczuł się pewniej, gdy rozprawiono się z Cimoszewiczem i już wszystkie głosy postkomunistycznego establishmentu mogły pójść na korzyść PO, a kampania wyborcza PO mogła być zbudowana na atakach na nas. Przedstawiono nas jako tych, którzy chcą siać terror. To była krytyka naszej deklaracji walki z korupcją. Straszono naszym programowym „socjalizmem”. Przekonywano, że tylko PO jest gwarantem spokoju.

- PiS w tej kampanii nie pozostawało jednak dłużne - też straszyło!

- Oczywiście, ale zwracaliśmy uwagę przede wszystkim na różnice programowe, że nam chodzi o Polskę solidarną, im o liberalną. Wydawało się, że stosujemy normalne metody walki wyborczej, ale jakkolwiek byśmy nie zadziałali, choćby przedstawiając symbol pustoszejącej lodówki, wszystko uznawano za kamień obrazy. Warto powiedzieć, że gdyby PO mogła zrealizować wtedy swój program, to późniejszy kryzys zniszczyłby Polskę… Na szczęście, to my wygraliśmy wybory w 2005 r.

- I potem to Pan nie chciał dopuścić do utworzenia rządu koalicyjnego PiS-PO?

- Nic podobnego! To oni nie chcieli wtedy sojuszu z nami, z partią, która wygrała… Byli pewni, że dostaną poparcie mediów w każdej sytuacji, dlatego mogli przeprowadzić tę swoją socjotechniczną grę, aby winę za nieutworzenie koalicji zwalić na nas. Nie chcieli też nowych wyborów, gdy wiosną 2006 r. proponowaliśmy samorozwiązanie parlamentu, mimo że już wtedy wyprzedzali nas w sondażach. Wówczas padła taka bardzo charakterystyczna deklaracja: nie chodzi o to, żeby teraz wygrać z PiS-em, nam chodzi o to, żeby PiS anihilować, unicestwić.

- Uważa Pan, że to właśnie wtedy rozpoczęła się ta najgroźniejsza odsłona kampanii nienawiści?

- Tak, choć już po wyborze Lecha Kaczyńskiego na prezydenta Polski Platforma wraz z popierającym ją establishmentem ogłosiła niemal żałobę narodową i wiadomo było, że najgorsze przykrości dopiero przed nami… Zaczęło się obrażanie, wyśmiewanie prezydenta, na temat reklamówki mojej śp. Bratowej rozpętano całą kampanię szyderstw… W obronę wzięto niejakiego Huberta H., który lżył prezydenta, a stał się niemal bohaterem narodowym. Zasugerowano ludziom nawet, że jest on prześladowany na polecenie Lecha Kaczyńskiego… To prymitywne pomówienie było zarazem sygnałem dla prokuratury, żeby nie zajmowała się sprawami obecnego prezydenta, i rzeczywiście, czegokolwiek obraźliwego by o prezydencie nie powiedziano, to sprawy albo nie podejmowano, albo ją umarzano. Natomiast przy takim samym stanie prawnym za prezydentury Kwaśniewskiego potrafiono skazywać na pozbawienie wolności za powiedzenie, że prezydent jest leniwy… O Leszku można było powiedzieć wszystko, co najgorsze, że pijak, że cham - i nic… Nie ma przesady w określeniu, że wokół prezydenta Kaczyńskiego stworzono cały przemysł pogardy.

- Kogo uważa Pan za głównego twórcę tego przemysłu pogardy?

- Przede wszystkim polityków PO, którzy byli inspiratorami większości obelżywych kampanii. Najwięcej zasług w tej sprawie położył chyba sam Donald Tusk, który już kilka lat temu mówił o schizofrenii braci Kaczyńskich, którzy wskazują nadużycia, układy, złodziejskie powiązania... Moim zdaniem, to obrażanie nas było głęboko przemyślane, było zakamuflowaną obroną tych, którzy poczuli się zagrożeni przez rządy Kaczyńskich.

- Dlaczego po przejęciu władzy przez PO nie doszło do uspokojenia nastrojów? Może tym razem to PiS, jako partia opozycyjna, prowokowało kłótnię?

- Pewnie dlatego, że głównym celem PO było całkowite wyeliminowanie PiS-u z polityki. Zwracam uwagę, że to nie my używaliśmy obelżywych słów i prymitywnych dowcipów. Takowe zaczęły padać z ust wysokich urzędników państwowych i ochoczo były powielane przez media. Mówiono o nas jako o dewiantach, nazywano bydłem, watahą, którą trzeba dorżnąć… Szyderstwo z Kaczyńskich było w dobrym tonie, przy każdej okazji, w każdym salonie, na każdym dworcu. Wielu dziennikarzy i twórców programów popkulturowych nie zarobiłoby inaczej na życie. I pewnie wszyscy mieli przy tym dobrą zabawę, ale uważam, że za tą całą nagonką medialną kryje się jeszcze coś więcej. Uważam, że mamy do czynienia z całkowicie przemyślaną intencją szkodzenia Polsce.

- No i właśnie znów naraża się Pan na kolejne ataki, że dopatruje się Pan wszędzie spisku…!

- Trudno. Inaczej nie sposób tego wszystkiego zrozumieć. Czasem poziom agresji naszych mediów jako żywo przypomina mi radio Moskwa z najciemniejszych czasów. Najdobitniej odczuwałem to wtedy, kiedy prezydent z narażeniem życia poleciał do Gruzji, żeby ratować coś, co było bardzo ważne także dla interesu Polski, i był z tego powodu wyszydzany, wyśmiewany. Naprawdę, narażając się znowu na czyjąś furię, powiem, że być może to właśnie udział w tamtej gruzińskiej misji przyczynił się do przedwczesnej śmierci mojego brata…

- A może, Panie Prezesie, ten polski przemysł nienawiści wymknął się po prostu spod kontroli i nikt nad nim nie panuje?

- Moim zdaniem, ten przemysł nienawiści był i jest jednak sztucznie podtrzymywany, bo PO po prostu nie umie inaczej rządzić; moralnie i intelektualnie jest niezdolna do rządzenia. To jest strukturalna cecha tej elity politycznej, która prowadzi do tego, że zamiast prawdy mamy manipulację. Mechanizm demokratyczny zmienił się w jedną wielką manipulację! Gdy co miesiąc obchodzę wspomnienie śmierci brata, to mówi się, że urządzam faszystowskie demonstracje… Tak mówi się o pochodzie, który modli się pod wodzą księży, tylko dlatego, że ludzie niosą pochodnie… Niestety, duża część zwolenników PO nie rozumie rzeczywistości, niewiele o niej wie i nawet nie chce wiedzieć…

- Wydawało się, że katastrofa smoleńska wyciszy spory i nienawiści, tymczasem stało się wręcz przeciwnie. Podobno to z Pana winy?...

- Proszę zwrócić uwagę, że gdy nie chciałem wykorzystywać osobistej tragedii w kampanii wyborczej, to nazwano to hipokryzją. Gdy tylko zacząłem zgłaszać zastrzeżenia do postępowania rządu w kwestii wyjaśniania przyczyn katastrofy, uznano, że się awanturuję… Ja nie zamierzam w tej sprawie milczeć. A zachowanie polskiego rządu wobec strony rosyjskiej oceniam jako jeden wielki skandal! Właśnie przy okazji tej tragedii okazało się najdobitniej, że politycy sprawujący obecnie władzę nie mają moralnych kwalifikacji do rządzenia dużym europejskim krajem.

- A zatem będzie Pan nadal jątrzył?

- Nie godzi się siedzieć cicho, gdy się słyszy niewybredne, chamskie dowcipy, obrażające Zmarłych! Gdy po przeżyciu wielkiej tragedii narodowej ruszyła nieprawdopodobna fala chamstwa, podmywająca fundamenty naszej kultury... Nic na to nie poradzę, że mam dziś silne skojarzenia z czasem okupacji, gdy tłamszono naszą samodzielność… Wiem, że to wywoła furię, ale niestety, taka jest moja ocena obecnej sytuacji. Uważam, że ten klimat politycznie zainspirowanej nienawiści nie mógł się nie skończyć tragicznym wydarzeniem w Łodzi.

- Po tym zabójstwie, komentując Pana niechęć przyłączenia się do rządowej akcji walki z nienawiścią w polityce, premier powiedział, że nie dojrzał Pan do refleksji…

- A pewien publicysta wprost oszalały z nienawiści ogłosił wprost, że to ja jestem wszystkiemu winien… Moje zdumienie budzi fakt, że „Rzeczpospolita” publikuje głosy wzywające mnie do przeprosin za to, że w Łodzi zamordowano niewinnego człowieka, bo zabójca nie mógł zamordować mnie. A gdyby do ataku doszło tu, w moim biurze, i gdybym jakimś cudem wyszedł cało, to powinienem natychmiast przeprosić Donalda Tuska i całą PO za to, że dokonano na mnie zamachu!? Co więcej, doszło do sytuacji niespotykanej w cywilizowanych państwach: po tym politycznym morderstwie znaleźli się czołowi politycy Platformy, tacy jak panowie Niesiołowski, którego Platforma uczyniła wicemarszałkiem Sejmu, i Czuma, który był ministrem sprawiedliwości, którzy wręcz usprawiedliwiali ten mord. Bo czym, jak nie usprawiedliwieniem tej zbrodni, są słowa (skierowane do mnie), że kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Takie słowa, zwłaszcza w ustach osoby, która była ministrem sprawiedliwości, są szczególnie odrażające.

- Dlaczego nie docenia Pan gestu złożenia kwiatów w miejscu morderstwa przez premiera, prezydenta i marszałka Sejmu?

- Dlatego właśnie, że to tylko gest, za którym nie idą konkretne działania. Aby w Polsce można było dziś mówić o realnej zmianie, to po pierwsze - powinno być wszczęte postępowanie karne przeciwko Januszowi Palikotowi, który jako ceniony w swej partii polityk jawnie podżegał do zabójstwa. Po drugie - Bronisław Komorowski i Donald Tusk powinni przeprosić publicznie w Sejmie za obelgi rzucane na mojego śp. Brata, a pan Komorowski także za usprawiedliwianie wyjątkowo odrażającego ataku swojego przyjaciela Palikota na śp. Grażynę Gęsicką.

- „Eksperymentalnie” prezydent już to uczynił.

- W tych przeprosinach było więcej cynizmu niż stosownej pokory… Przepraszać należy uczciwie, po chrześcijańsku. A za prawdziwymi przeprosinami powinien też pójść apel do mediów, aby nie sączyły jadu, nie prymitywizowały debaty publicznej, aby wreszcie zaczęły spełniać swą właściwą w demokracji rolę rzetelnego kontrolera rządów i polityki.

- Wtedy zgodzi się Pan na rozmowę z prezydentem, której teraz Pan odmawia?

- Tak. W przeciwnym razie pozostanę w przekonaniu, że chodzi tu o kolejny nieczysty manewr polityczny.

- Tyle że ta Pana dumna odmowa znowu będzie krytykowana i wyśmiewana. Nie boi się Pan tego?

- Niczego już się nie boję. I oświadczam, że nikt mnie nie zmusi - chyba że mnie zabije - do tego, żebym nie dążył do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, bo to jest mój obowiązek wobec Polski, wobec mojego śp. Brata i wobec Przyjaciół, którzy zginęli.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

KUL: ewakuacja po informacji o bombie

2019-01-16 13:16

dab / Lublin (KAI)

Na polecenie służb ratunkowych we wtorek 16 stycznia ewakuowano wszystkich ludzi przebywających na terenie kampusu głównego KUL przy al. Racławickich w Lublinie. Według nieoficjalnych informacji, na uczelni ma znajdować się ładunek wybuchowy.

Roman Czyrka

W rozmowie z KAI, doktorant KUL Kamil Wykrętek mówił o kulisach akcji ewakuacyjnej. – Podczas zajęć prowadzący kazali uciekać z sal wykładowych. Straż wewnętrzna zabroniła zbliżać się do budynków uczelni, wszędzie jest pełno straży i policji, wygląda to bardzo poważnie – relacjonuje doktorant.

(rozszerzymy)

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem