Ks. Krzysztof Żero: - W rozmowie z Panem i Rodziną dowiedziałem się, że przez wiele lat cieszył się Pan dobrym zdrowiem, które w pewnym momencie załamało się.
Reklama
Jan Ciołek: - Mieszkam w Boćkach, mam 92 lata, byłem rolnikiem. Jestem ciężko schorowany, niepełnosprawny, z trudem się poruszam na dwu kulach. W lutym 2001 r. moja córka Krystyna odebrała mnie w stanie beznadziejnym ze szpitala. Był to mój kolejny dłuższy tam pobyt. W domu przyjąłem Sakrament Namaszczenia Chorych. Wbrew diagnozie lekarskiej w szpitalu, Bóg zachował mnie przy życiu, ale byłem przykuty do łóżka. Bardzo cierpiałem, chociaż z bólem zdążyłem się już zapoznać. Po kilku miesiącach troskliwej opieki i pomocy mojej córki oraz lekarza mogłem już siadać na łóżku. W tym czasie w każdą niedzielę przychodzili do mnie księża z parafii z Komunią św. Wtedy mogłem się także wyspowiadać.
Przez 70 lat cieszyłem się dobrym zdrowiem, byłem sprawny i mogłem dużo pracować. Zresztą pracę lubiłem. Załamanie przyszło w 1991 r., gdy w czasie prac w polu złamałem rękę. Pół roku w gipsie po operacji, ale sprawności nie odzyskałem. Wtedy dowiedziałem się, co to długotrwały ból fizyczny. Niebawem przyszły kolejne dolegliwości i operacje, które ratowały życie, ale ograniczały swobodę poruszania się. Mówię o tym, by pokazać, jak w ciągu 10 lat przechodziłem od sprawności do bolesnej niepełnosprawności. Mogłem jeszcze wtedy dojść na dwu kulach do kościoła na Mszę św. A teraz od dziesięciu lat jestem więźniem w mieszkaniu, czasem w piękną pogodę mogę zrobić kilka kroków na świeżym powietrzu. Ból fizyczny mnie nie opuszcza, odpędza też sen w nocy. Przez te lata pomagają i wspierają mnie moje dzieci: córka Krystyna, syn Witold i zięć Stanisław oraz wnuki.
- Co pomaga Panu w walce z chorobą i znoszeniem swojej niepełnosprawności?
Pomóż w rozwoju naszego portalu
- Od dziesięciu lat przychodzą do mnie w każdą niedzielę i uroczystości Księża z parafii z Komunią św. Jestem im za tę posługę bardzo wdzięczny. Mam wtedy możliwość wyspowiadania się i przyjęcia Pana Jezusa. Przygotowuję się do tych spotkań. Rano wysłuchuję Mszy św. radiowej z kościoła Świętego Krzyża w Warszawie. Komunia św. dopełnia tamto Słowo Boże. Jest ona dla mnie blaskiem w szarej codzienności, spotkaniem z autentycznym Panem Jezusem. Umacnia mnie i dodaje otuchy. Odczuwam po niej ulgę fizyczną, lepiej się czuję i zapominam o bólu. Wizyta Księdza jest momentem, który zamyka tydzień i otwiera nowy. Czuję się wtedy jak ongiś, gdy chodziłem o własnych siłach na Mszę św. Niepokoję się, gdy wizyta księdza się opóźnia. Dziś nie wyobrażam sobie, że mógłby ksiądz przestać przychodzić.
- Jakich wskazówek udzieliłby Pan ludziom dotkniętym chorobą i cierpieniem?
- W chorobie, z dala od świątyni łatwo zapomnieć o Bogu, Msza i Komunia św. przywracają pamięć o Stwórcy i Odkupicielu, kierują myśl na własną śmierć. Łatwiej się wtedy zanurzyć w modlitwie, zrozumiały jest jej sens, lepiej dostrzec znaki Boskiej Opatrzności, pełniejszy jest rachunek sumienia. Nigdy nie wolno zapominać o rzeczach ostatecznych i trzeba być na nie przygotowanym. Śmierć na pewno przyjdzie i zamknie to życie ziemskie. W moim długim życiu widziałem niejedno. Jednak śmierć, jak nas poucza wiara, nie jest celem ostatecznym. Tę prawdę ukazał nam Pan Jezus. Umarł na krzyżu zmiażdżony cierpieniem, a potem zmartwychwstał. Ktokolwiek ma nieco wyobraźni, wie, że ta śmierć była bolesna fizycznie, a oszczerstwa, poniżenia i kpiny - moralnie. Jednak okazała się odkupieńcza. Chrystus postąpił tak, jak nauczał - jest prawdomówny i wiarygodny. Nadał wszechobecnemu cierpieniu boski wymiar. Tylko w tej perspektywie mogę po latach zmagania z bólem przyjąć cierpienie i znosić je za innych. Przez Krzyż do Chwały.
- Dziękuję za rozmowę i życzę wielu łask Bożych, dobrej opieki ze strony rodziny i wytrwałości w dolegliwościach i cierpieniu.